no cars go

Po trzech latach okazało się, że pracuję z chomikami. Nie to, żebym właśnie się zorientował, że zatrudniłem się w sklepie zoologicznym, to nie tak. Po prostu moi współpracownicy to chomiki. Tą myśl skonstatowałem któregoś pięknego dnia w naszym tzw pomieszczeniu pracowniczym (dla którego zresztą adekwatniejszą nazwą jest klitka pracownicza). Zwyczajowo pijam tą lurę z automatu zwaną kawą wyłącznie przez dobre wychowanie, bo na pewno nie z powodu jej smaku. Ale czasem miewam ochotę na herbatę, którą standardowo dostarcza nasz dział zaopatrzenia projektu w takowe zbytki. Zdziwiłem się zatem któregoś dnia jak natrafiłem przypadkiem szukając czegoś na trochę lepszą herbatę poupychaną przez kogoś w kredensach, w których teortetycznie nie powinno być nic. Normalna zwykła herbaciana lura była oczywiście w miejscu standardowym, z którego brali wszyscy. Tak sobie pomyślałem po co ktoś schował lepszą herbatę tak, żeby inni nie mieli oczywistego dostępu do niej. I wtedy mnie olśniło. Trafiłem między chomiki. Od tej pory chodzę po korytarzach i przypatruję się uważnie wszystkim czy nie dostrzegę już powypychanych policzków.
Cierpliwie czekałem, czekałem i się doczekałem. Wygrałem. Poniekąd. Od roku chodziłem oglądałem sobie pewne buty. Stwierdziłem jednak, że za tyle kasy to ich nie kupię. Ale jak przecenią to proszę bardzo. No i tak zaglądałem tam raz na jakiś czas. Któregoś razu nawet widzę, że pisze przecena to wziąłem, zanoszę do kasy, a tam pani mnie kasuje na pełną cenę. To się pytam, czemu. A pani, że akurat te to nie są przecenione (a głowę bym dał, że na pudełku były). To podziękowałem i nie kupiłem. Nie ma to tamto. Twardym trzeba być. A dzisiaj w końcu a jakże kupiłem. Oczywiśwcie przecenione. Ostatnia para. A co. I tak zarobili. Do czego to człowiek nie dochodzi czasem cierpliwością. Aż cztery razy pani w kasie zczytywała cenę, bo się zczytać nie chciała. A potem jeszcze rozwaliła sobie kasę, a na koniec system odmówił autoryzacji mojej karcie. Za drugim razem jednak już łyknął. I kupiłem. I wcale to aż tak mi się te buty nie podobają. Ale charakter trzeba mieć.
W książkach kupiłem sobie Bukowskiego i zabieram, radia nie słucham, TV za wiele nie oglądam, tym bardziej że znowu wyją wyjce. Kto w ogóle wpadł na pomysł, że posiadanie jakiegoś tam głosu ma cokolwiek wspólnego z talentem muzycznym. Gdyby jedno przekładało się na drugie to Bob Dylan by nie beczał jak owca śpiewając, a Mozart był kontraltem, a nie pisał opery.
A poza tym mój poziom kompetencyjny wzrósł z 3C na 4A (ja też nie łapię), dostałem podwyżkę, wziąłem urlop i lecę do Hiszpanii. Ale co to za wiadomości, kiedy kupiłem w końcu te buty.

zapisał Yosar 2011-04-17 00:43:40
skomentuj (7)


pobody's nerfect

Zasadniczo to wolę jak jest pochmurno, wilgotno, leje śnieg, a na zewnątrz -2 stopnie. A tak mamy ładnie, słońce świeci, niebo błękitne, a wyściubienie czegokolwiek grozi jego odmrożeniem. Dość jestem przywiązany do swojego czegokolwiek. Trochę się zastanawiam, czy nie wziąć sobie jutro wolnego, ale pewnie pójdę przykładnie do pracy jednak. Luty to bezkonkurencyjnie najgorszy miesiąc w roku i się kończy, a tu jeszcze zdaje się nie było tłustego czwartku. Tłusty czwartek poznaje po tym, że przychodzę do pracy, a tam leżą tace z pączkami. Po czym poznaję środę popielcową nie wiem. Zwykle jej w ogóle nie poznaję.
Znowu zaczął się wyścig po 1%. Może to i niepopularne, ale uważam, że organizacje pożytku publicznego powinny mieć całkowity zakaz reklamowania się w kwestii zbierania datków. Jakoś ten festiwal nieszczęścia na bilboardach nie wydaje mi się specjalnie szlachetnym, ani tym bardziej pożytecznym zjawiskiem. Jadąc autobusem do domu nie ma człowiek wyboru tylko trenować swojego wewnętrznego drania, bo jakby się miał przejmować wszystkim, to psychika wysiada. Głupia sprawa, ale wszystkim sie pomóc nie da.
A skoro już jestem przy autobusach to muszę się przyznać, że ostatnio ZTM wycisnął ze mnie łzy. Może nie wszyscy się muszą orientować, ale w Warszawie buduje się drugą nitkę metra. W Warszawie orientują się wszyscy, chcąc nie chcąc, bo zamykają ulice na zawołanie. A w związku z planowanym zamknięciem Świętokrzyskiej ZTM postanowiło mi zrobić rewolucję w liniach autobusowych. Czytałem i płakałem, bo wygląda na to, że w ramach robienia mi dobrze wywiozą mnie teraz gdzieś donikąd, gdzie nawet specjalnej przesiadki nie ma w autobus do pracy. A dotychczas jeździłem jednym. Ale jeszcze lepiej planują po skończeniu tego centralnego odcinka. Wtedy to już w ogóle dowiozą mnie tylko na pustynię i zostawią z ogryzkiem metra, które nawet nie wiezie mnie w kierunku pracy. Jestem chyba jedynym mieszkańcem Warszawy, który ma nielichą nadzieję, że wykonawca jednak nie da rady, splajtuje, tunele się zasypie, a wszyscy dadzą sobie spokój.
W pracy trenuję cierpliwość. Od dwóch miesięcy usiłuje uzgodnić z bankiem jeden projekt. Rzecz wydawała się prosta i do klepnięcia szybko. Niestety prawo Murphy'ego głosi, że szybko to się klepie człowiek jedynie po udach. Musiał się oczywiście napatoczyć osobnik, który nie bardzo wie z czym ma do czynienia i nie bardzo wie czego chce. Zabójcza kombinacja. Właśnie poszła szósta wersja projektu, a na pewno będzie jeszcze siódma. Jak coś jest łatwe, szybkie i bezproblemowe, to na pewno znajdzie się ktoś kto uczyni to skomplikowanym, wolnym i przywodzącym na myśl flaki z olejem. Czasem myślę, że dla dobra wszechświata powinniśmy być jedynym życiem w nim. Wyobrażenie sobie drugiego podobnego gatunku tworzącego z niego równie poronione miejsce to takie psychiczne harakiri.
Tradycyjnie też oglądam co mogę. A czego nie mogę to nie oglądam. Co pozwala mi na jakąś tam równowagę. Ostatni Coenowie (True grit) bardzo rozrywkowi jak na Coenów. Opowieść o zemście, która nie była chyba warta swojej ceny. Miło się w sumie jednak oglądało. Dobrze zagrane i z humorem nie tylko coenowskim. King's speech (Jak zostać królem) to taka historyjka szyta pod oscary jak smoking dla króla. Nie da się ukryć, że Colin Firth i Geoffrey Rush mieli kupę frajdy grając w nim i nawet ta frajda udziela się z ekranu. Ale mimo wszystko film jest płaski jak naleśnik. Jakoś nie bardzo mogłem się przejąć królem z wadą wymowy, oraz dzielnym narodem angielskim wkraczającym w II wojnę światową. Może to mój cynizm podpowiadał mi, że kiedy nam tu pokazują dyrdymalskie obrazki z przygotowań Londynu do nalotów to dzielny naród angielski nie zobaczył jeszcze niemieckich samolotów prawie rok, a niemieckich żołnierzy to większość widziała jedynie na kronikach filmowych. Ale Oscara wygra. I Colin i film. Fincher za to wziął na warsztat facebooka. Jakoś słabo mi się podobał ten pomysł jak o nim usłyszałem. Zawsze w takich sytuacjach mam wrażenie, że wszyscy usiłują wskoczyć na jakiś tam wagon, który teraz jest na czasie. Jedyny problem, że za chwilę nie będzie na czasie, a na przykład film musi zostać i się bronić długo później. Zatem dobra wiadomość jest taka, że to lepszy film niż Benjamin Button. Zła jest taka, że Button był tak kiepski, że nakręcić coś lepszego nie jest specjalnie ambitnym osiągnieciem. Tak czy owak film jest przyzwoity, ale mógł być naprawdę dobry. Niestety nakręcony został z myślą, żeby być cool i tak też został zrealizowany. A jak coś za bardzo chce być cool to zaczyna brzmieć fałszywie. Druga rzecz to film byłby o niebo ciekawszy gdyby Fincher skupił się na obu bohaterach, na relacjach między nim, co ich łączyło, a co podzieliło i czemu. Ale skupił się na jednym bez pomysłu do końca co chciał powiedzieć o nim. Umówmy się, że konstatacja pewnej pani na końcu filmu, wobec tego co film przedstawia o swoim bohaterze brzmi delikatnie mówiąc jak parodia samej siebie.
To już tyle, a był jeszcze Artonofsky, Mr Nobody, Winter's bone, Never let me go i większość lepsza od powyższych.
Tak się złożyło. Maybe next time. Dobranoc.

zapisał Yosar 2011-02-28 01:16:08
skomentuj (0)
paranoid android

Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników w góry Sierra Morena. Strome to pasmo, które oddziela Andaluzję od Manczy, zamieszkiwali wówczas kontrabandziści, rozbójnicy i kilku Cyganów, o których mówiono, że pożerają ciała zabitych wędrowców.
Grunt to mieć dobry początek. Później już jakoś zwykle poleci, nawet jak nie ma z początkiem nic wspólnego. Minęły święta, minął Nowy Rok, minęło nawet nowe święto. Coś w tym jest, że jak już w tym kraju wpadnie się na semi-sensowny pomysł, akurat dnia wolnego, to od razu trzeba go schrzanić umieszczając go w środku zimy. Nie można było wiosną, albo latem? Od razu satysfakcja jakby człowiekowi rosła o 100% z takiego dnia. Tak ja wiem, że trzech króli i tak dalej, ale zasadniczo to po pierwsze historycznie wątpliwe na dzień dzisiejszy są narodziny Chrystusa takiego jakiego przekazuje nam Nowy Testatament, nie mniej wątpliwy jest też jakoby termin tego zdarzenia, a i równie historyczna jest ta część z trzema królami. Zatem nie lepiej byłoby od razu wybrać jakąś tak trochę bardziej sensowną datę. Naprawdę jeśli chodzi o dobór teminów świąt to Kościół potwornie uparł się strzelać ludziom w stopę. Nie żeby w tej jednej dziedzinie, ale tu mógł rzeczywiście pozwolić sobie na trochę populizmu, jako że nic w tych kwestiach go i tak nie wiąże. Cóż zawsze uważałem, że ta instytucja najlepiej prezentuje się jednak w horrorach religijnych i właściwie do tego mógłaby tylko ograniczyć swoją działalność.
W każdym bądź razie mamy chwilową odwilż. Trzeba się cieszyć. Może to już ostatnia tej zimy. Pierwsza zresztą też. W czasie przedświątecznych porządków stałem się użytkownikiem ekspresu do kawy. Postanowiłem bowiem zajrzeć w końcu do jakiegoś pudełka, które tkwiło na szafce w kuchni. Okazało się, że zawiera właśnie ów przedmiot kuchenny. Nawet działa, więc wlewam w siebie w domu sporo kawy. Co mimo wszystko zupełnie nie przeszkadza mi czuć się sennie. Widocznie umiejętność koncentracji na jakiejś czynności mnie nie zawodzi.
Tak sobie wychodziłem parę dni temu z pracy i widziałem jak zdejmowali świąteczne dekoracje i zabierali choinkę. Ciekawe, że święta zaczynają się przez półtora miesiąca, a kończą w góra tydzień. Cóż, jeśli wierzyć temu, że koniec wieńczy dzieło, to wygląda na to, że na pomnik nie za bardzo jest tu jednak miejsce. Do następnego roku. Za to nowy tydzień przed mną. Siedzę w takim razie trochę rozczarowany, trochę znudzony, trochę zdziwiony i trochę wkurzony. Nic specjalnego. Powinienem iść spać. Czasem wydaje mi się, że jestem potwornym szczęściarzem. A czasem, że taka fala mogłaby z powodzeniem zastąpić broń masowego rażenia. Cóż, mam nową klawiaturę i tego się trzymajmy na razie. Nie ma to tamto.

zapisał Yosar 2011-01-17 01:23:54
skomentuj (3)
stop the cavalry

Zima przyszła i rządzi. Mniej więcej raz do roku piszę tutaj, że nie cierpię zimy. I teraz przyszedł właśnie ten czas. Nie cierpię zimy. Mógłbym oczywiście urządzić jakiś bardziej okazały seans nienawiści, ale nie muszę. Tradycyjnie autobusy przestały jeździć, albo jeżdżą jak chcą. W tramwaju za to czeka nas loteria, czy któryś przed nim się nie zepsuje i człowiek ma godzinę z głowy. To oczywiście zakładając, że wsiadło się do jakiegoś, a nie czeka na przystanku. Policjanci automagicznie znikneli z ulic, więc wszyscy jeżdżą jak chcą, a kodeks drogowy staje się w najlepszym wypadku wskazówką, nie prawem, jak mawiał Jack Sparrow. W zasadzie to im się nawet nie dziwię, bo komu, poza smoleńskimi demonstracjami na Krakowskim Przedmieściu, chciałoby się w taką pogodę na zewnątrz sterczeć. Wewnątrz właściwie jest niewiele lepiej. Też jakieś podejrzane ciśnienie. Najpierw mbank usiłował mi wcisnąć jakiś kredyt, potem ubezpieczenie karty, a na końcu ubezpieczenie na życie. Potem już sama Era próbowała wcisnąć mi jakąś super promocję. Przy czym odpowiedź "nie potrzebuję" była dziwnie nie satysfakcjonująca dla pani. Po dodaniu głupiego pytania: "ale dlaczego?" pozostało mi być już tylko złośliwie szczerym: "bo telefonu używam przeważnie do sprawdzenia godziny". Na to widocznie nie było już przygotowanej w komputerze odpowiedzi i pani dała sobie spokój. Za miesiąc pewnie kolejna zacznie wydzwaniać. Prawdopodobnie z dokładnie tą samą promocją. Nie wiem jaką właściwie, bo na czas recytowania tego tekstu zawsze odkładam komórkę na bok i podnoszę kiedy trajkotanie zamilknie mówiąc: "nie, dziękuję". Nie żeby pomagało, ale człowiek w zasadzie jest w stanie przyswoić dziennie tylko określoną ilość informacji, i akurat te uważam można sobie podarować.
Ostatnio przechodzę etap "czego to ja bym nie zrobił". Oznacza to mniej więcej tyle, że mam dziesięć rzeczy na myśli które chciałbym zrobić, co kończy się tym, że robię jedną, po której jestem kompletnie nieusatysfakcjonowany. Potrafię naprawdę marnować czas. Są ludzie, którzy potrafią przepuścić każdą ilość pieniędzy. A ja potrafię przepuścić każdą ilość czasu. Mistrz świata. Beż żadnych śrdoków dopingujących. Czysty sport i uczciwa walka. Człowiek czasem potrafi osiągnąć naprawdę niesamowite rzeczy ciężką pracą. Ale to nie ten akurat przypadek, jak można się domyślać. Praca nie ma z tym nic wspólnego. Niestety ma dużo wspólnego z jutrzejszą pobudką. Zatem dobranoc.

zapisał Yosar 2010-12-13 00:47:01
skomentuj (1)
sanatorium pod klepsydrą

Jesteście wolni szlachetni panowie i dziękuje wam gorąco. W imieniu idei. Naszej zdetronizowanej idei.
Zdetronizowanych idei w świecie na pewno nie brak. Tym łatwiej człowiek do nich dociera, kiedy ustawi się na pozycji krytyka tego świata. Niestety świat ma dwie potężne wady. Po pierwsze nie bardzo jest w stanie sprostać jakiejkolwiek krytyce. Co się da jeszcze jakoś przeżyć. Po drugie zupełnie się tym nie przejmuje. Co przeżyć trzeba, ale w sumie czyni relacje z nim dosyć mało satysfakcjonujące. Taki układ. Nie pasuje mi to co widzę wokół. Podejrzanie wiele rzeczy skatalogowałem już sobie jako nieważne. Co samo w sobie stanowi żaden problem. Przynajmniej dla mnie. Trochę gorzej, że większość pozostałych uważa je jednak za ważne. Co z drugiej strony oczywiśie stanowi pewien problem w kontaktach z innymi.
Wracając jednak do zupełnie przyziemnych, ale za to wciąż mało satysfakcjonujących spraw to ZUS postanowił mnie dalej dobijać wysokością mojej emerytury. Odnoszę wrażenie, że ostatnio coraz częściej, bo poprzednia informacja przyszła zdaje się ledwo z pół roku temu. Może system im się odblokował w końcu. Tak czy owak nadal zachodzi konieczność spaceru po Warszawie i znalezienia jakiegoś fajnego i przyjemnego miejsca na żebry. Nihil novi sub sole. Można się przyzwyczaić. Do śmietnika z okazji wyborów w zasadzie też można się przyzwyczaić. Wyniki mają w końcu i tak znaczenie drugorzędne. Albowiem bez względu na nie wszyscy sami siebie ogłoszą zwycięzcami. Czasem myślę, że to nie była taka głupia myśl wśród tych Azteków, żeby pokonanych w meczu zabijać. Wyobrażam sobie, że gdyby u nas też tych co przegrali posyłać pod miecz, to co prawda lepiej by od tego nie było, ale za to rozwiązało by problem organów do przeszczepu i honorowego krwiodawstwa. To i tak o dwa problemy więcej rozwiązane niż w większości miast po tych wyborach.
Ostatnio poczułem się znowu jak w szkole. Wybrałem się mianowicie na dwa seanse do kina Kultura. Kultura prowadzona jest przez PISF. Chyba niestety. Albowiem seanse ńa które trafiłem okraszone były wykładami o filmach, na które właśnie szedłem. Drugie niestety to, że przed filmem, a nie po. Wykłady owe zapewne nie miały na celu zabicia jakiejkolwiek radości z filmów, na które przyszło nam czekać prawie godzinę. Ale za to świetnie się do tego nadawały. Właściwie to wydawało mi się, że nie da się filmów sprowadzić do poziomu najnudniejszej lektury szkolnej na świecie. Ale jednak tu się udało. Rozumiem, że ma to na celu popularyzatorstwo. Ale żeby kolegialnego ziewania to naprawdę troszkę chybiony pomysł psychoterapeutyczny. Niestety dla wszelkich wykładowców rozumienia filmów czy literatury należę do tych, dla których liczy się przede wszystkim jego kontakt z danym dziełem, a nie dysertacje doktorskie niedoszłych przewodów naukowych czytane dodatkowo z kartki. Takie mocno egocentryczne skrzywienie już mam. Ziew. Spać. Dobranoc.

zapisał Yosar 2010-11-23 00:40:23
skomentuj (2)
ajde jano

Wszystko staje się trudne, kiedy się chce posiadać różne rzeczy, nosić je ze sobą i mieć je na własność. A ja tylko patrzę na nie, a odchodząc staram się zachować je w pamięci.
Kiedy myślę o swoim dzieciństwie to ciekawe, że poza oczywiście paroma wydarzeniami z niego, pamiętam głównie przeczytane książki. Niespecjalnie pamiętam wakacje, nie pamiętam zabaw, nie pamiętam meczów, nie pamiętam przyjemności, trochę pamiętam oczywiście szkoły. Pamiętam za to te książki. Czas który spędziłem na ich czytaniu wydaje się dzisiaj najlepiej zainwestowanym czasem z tamtego okresu. Chwilowe przyjemności mijają bez śladu, pozostają takie rzeczy. Nie to, że byłem jakimś potwornie namiętnym czytelnikiem w tamtym okresie. Do pewnego czasu wręcz przeciwnie, unikałem jak mogłem, bo starsi naokoło namawiali na czytanie bez opamiętania. Ale tu wyszła moja wrodzona przekorność. Jeśli wszyscy wkoło mnie na coś namawiają to można być pewnym, że nie zainteresuję się tym ani trochę. Trzeba mnie zostawić z tym czymś sam na sam i wtedy coś z tego może być. Albo i nie. Tym razem jednak starsi w końcu dali sobie spokój, a ja w pewnym momencie zacząłem już sam sobie dla siebie hurtowo pochłaniać książki. Oczywiście głównie literaturę dziecięcą i młodzieżową. Do tej pory pamiętam jak wypożyczałem pierwszy raz "Władcę pierścieni". Nie przeszkadzało mi to nawet, że były to tylko tomy II-gi i III-ci. Po co komu I tom, można przecież zacząć od środka. Zresztą nieważne co, ważne że pamiętam, że mam to w głowie i do dzisiaj stanowi część mnie, która nigdzie nie rozmyła się po drodze. Niewiele mam za to zdjęć z tego okresu. Dużo mniej niż przeczytanych książek w głowie. Czasem myślę, że po to ludzie potrzebują fotografii. Żeby zapamiętać gdzieś zupełnie nieważne wydarzenia czy momenty, o których niedługo później zapomną sami. Być może trzeba żyć tak, żeby każdy moment wydawał się na tyle ważny, żeby go pamiętać.
Wracając jednak do prozy dnia codziennego to niestety nie każdy się nadaje do tego, o czym przypominało mi przez poprzednie dwa tygodnie zapalenie gardła. Dziura w życiorysie. A mówili weź sobie urlop, odpoczniesz, będzie fajnie. Wziąłem, wyjechałem, złapałem jakiegoś wirusa i przywiozłem ze sobą. Dwa tygodnie z głowy. Wyleczyłem się w końcu neoanginem i czosnkiem. Pierwsze przestałem brać, a drugie zacząłem jeść. W pracy żadnych wielkich niespodzianek, znowu zostałem nieszczególnie szczęśliwym posiadaczem laptopa i firmowej komórki. Zaoferowano naszemu subteamowi jako propozycję nie do odrzucenia średnio zaszczytny obowiązek doglądania przetwarzania danych poza godzinami pracy. Jako, że mieliśmy do obstawienia tylko jedno miejsce w zespole, który to robi zdecydowaliśmy się obstawić je nami trzema. Nie to, że wszyscy się rwali do tej przyjemności i nikt nie chciał zrezygnować. Wręcz przeciwnie druga odpowiedź jest prawidłowa, ktoś musiał, więc podzieliliśmy 1/3. Co mniej więcej da mi zajętych 4 popołudni w miesiącu, raz na trzy miesiące. Da się przeżyć. Przynajmniej mi zapłacą w jakiejś premii za to. Co oczywiśćie sprawia, że da się to przeżyć jeszcze bardziej. Pieniądze w ogóle dość ułatwiają przeżycie, choć nie bardzo są w stanie zastąpić życia. Dobranoc.

PS Cytat jest oczywiście z Włóczykija z Muminków.

zapisał Yosar 2010-10-17 23:52:07
skomentuj (2)
t 4.2

Czuję się porządnie wywalcowany. Nie wiem co prawda co to znaczy wywalcowany, ale czuję się za to naprawdę. Przez ostatnie dwa tygodnie jeździłem po pracy na rehabilitację tej nieszczęsnej łopatki. Wymiętosili mnie tam, wyzginali, pozgniatali, przećwiczyli i tak prawie dzień w dzień. Chyba mi nawet lepiej, ale na pewno będę wiedział jak mnie w końcu wszystko przestanie boleć. Gorzej, że teraz już sam powinienem sobie aplikować takie przyjemności. Przynajmniej nie muszę się mordować na drugi koniec Warszawy.
Dawno nie byłem na żadnym koncercie, więc wybrałem się na Nigela Kennedy & The Kroke. Szczerze mówiąc nie wiedziałem, że parę lat temu wydali płytę, ani tym bardziej co będą grać. Także się w sumie miło zaskoczyłem. Nie to, żebym oczekiwał czegoś kiepskiego, bardziej nie wiedziałem czego oczekiwać. Ale muzycznie wyszło fajnie. I tak sobie słucham teraz od tygodnia tej mieszanki bałkańsko-żydowskiej. Ładne i już.
W przeciwieństwie do filmu który kiedyś w Polsce wyświetlano pod tytułem "Smak życia". Trafiłem na niego w tv któregoś wieczora. Jest to jakiś powód do pozbycia się tv teraz myślę. Patałętały mi się po głowie jakieś pochlebne recenzje znajomych, więc zacząłęm podglądać. Dawno nie widziałem tak potwornie pretensjonalnego gniota przyodzianego w pseudointelektualny film dla młodzieży europejskiej. Akcją opiera się na tym, że młodego Francuza wysyłają w ramach programu Erasmus na studia do Barcelony, gdzie zamieszkuje z ludźmi z paru innych nacji zachodnioeuropejskich. Film jest po brzegi wypełniony stereotypami narodowościowymi, na przemian z polityczną poprawnością (połączenie obu można w sumie uznać za pewne osiągnięcie filmu), nie zawiera żadnego sensownego spojrzenia na Europę początku XXI-ego wieku, a usiłuje się sprzedać jako takowy. Kulminacją filmu jest wspólna akcja lokatorów, żeby nie dopuścić do zastania przez akurat przyjeżdżającego chłopkaka, jednej z bohaterek w łóżku z jakimś innym gościem. Nic tak nie umacnia internacjonalistycznej przyjaźni jak zrobienie kogoś w konia. Swoją drogą w trakcie tego programu Erasmus rozpadają sie trzy związki głównych boahterów. Jakby któs miał kłopot z rozstaniem niech po prostu wyśle swoją już teraz niechcianą drugą połowę na Erasmusa. Sprawa się szybko rozwiąże.
Na koniec bohater wraca do domu gdzie zostaje cieplutko umieszczony w jakiejś biurokratycznej komórce ministerstwa, która jest oczywiście złem wcielonym (ależ ta zachodnia młodzież ma problemy), ale rok wakacji w Hiszpanii dał mu siłę, żeby się z niej wyrwać. Rzuca państwową posadę i zostaje pisarzem. Mam nadzieję tylko, że książka jest lepsza niż ten oto film, który niby powstał w oparciu o nią. Świat literatury mógłby się bowiem obejść bez niego całkiem dobrze. Tak się zastanawiam po co kręcić taki siódme wody po kisielu 68-ego roku i to 30 lat później.
A skoro już jestem przy pracy to muszę powiedzieć, że przez poprzedni tydzień czułem się w niej niczym nie przymierzając kapitan Wilard z "Czasu apokalipsy", kiedy siedział tygodniami w Sagonie czekając aż cokolwiek się stanie. Tak siedziałem niewiele robiąc przez parę dni, wynajdując problemy, i różne miraże, a po głowie wciąż chodziły mi jego słowa: Everyone gets everything he wants. I wanted a mission, and for my sins, they gave me one. Cóż, for my sins, mi dali urlop. Pewna różnica w ważkości się tu ujawnia. Ale mi to nie przeszkadza. Siedzę zatem i wykorzystuję go. W zasadzie mi to pasuje. Herbatka, kawa, film, książka, włóczęga. W przerwach zalewam sąsiadów. Może powinienem napisać już jakiś poradnik w tym względzie. Parę sztuczek się już zna. Everlasting melancholia prozy życia.



zapisał Yosar 2010-09-20 20:41:28
skomentuj (0)

Profesjonalne bezpłatne statystyki www

GG 1624786
e-mail: anirion@blog.pl

Księga gości

Archiwum
2011
kwiecień
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień


linki
count your sheep katie, laurie oraz ship, wymyślony przyjaciel, którego można liczyć
bidul trampki ważna rzecz
audioscrobbler słucham, kiedy słucham
before sunset memories is a good thing if you don't have to deal with past
tori amos
strange little cornflake girl przy fortepianie
dead can dance
within the realm of a dying sun
the thin red line
every man fights his own war
cute little dead girl
mała śliczna niewinna inaczej dziewczynka z nader niefrasobliwym stosunkiem do rzeczywistości
sandman
i kiedy myślałeś już, że znasz ten komiks
niebo nad berlinem
o czym nie wiedzą aniołowie
donnie darko
if everyone dies alone

Layout by Rhiannon from Best Layouts